Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegetariańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegetariańskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2015

Zupa nic

Wspomnienia mam z nią upalne i beztroskie. Mama robiła ją nam z okazji dnia dziecka albo innej ważnej uroczystości, typu początek wakacji.
Przez to, że nazywała się zupą, nie rozumiałam, dlaczego nie jemy jej na pierwsze danie (gdyby mi wtedy pozwolili, jadłabym ją zamiast wszystkich dań obiadowych, kolacji i śniadania, chociaż pewnie tylko przez jeden dzień wytrzymałabym na tej diecie), i nie rozumiałam, dlaczego tak rzadko się u nas pojawiała.
No cóż, teraz rozumiem to tylko trochę. Jeśli nigdy jej nie jedliście, to koniecznie naprawcie to nieporozumienie. A jeśli już ją znacie - właśnie teraz jest idealna pogoda na przypomnienie sobie tego boskiego smaku :)

Na 6 porcji z małą dokładką dla kucharki:
  • 1 l mleka 3,2%
  • 250 ml śmietanki 18%
  • 4 jajka (białka i żółtka osobno)
  • szczypta soli
  • 1 laska wanilii
  • 1/2 szklanki cukru
Zagotowujemy mleko razem ze śmietanką.
Ucieramy żółtka z połową cukru i odstawiamy na bok. Białka ubijamy z solą na sztywną pianę, na koniec dodajemy pozostały cukier i ubijamy, aż się rozpuści. Pod gotującym się mlekiem zmniejszamy płomień, a do samego mleka łyżką nakładamy ubitą pianę z białek - tak, żeby powstały nam białkowe chmurki. Gotujemy każdą chmurkę (po 5-6 na raz) z obu stron ok. 30 sekund (aż będą sztywne i zwarte) i wyciągamy łyżką cedzakową. Odkładamy na bok. Po skończeniu gotowania chmurek, wrzucamy do mleka ziarna wyskrobane z laski wanilii oraz samą laskę. Gotujemy tak przez 5 minut, po czym wyciągamy strąk i nalewamy 3-4 łyżki gorącego mleka do wcześniej utartych żółtek, szybko mieszając. Przelewamy rozrzedzone żółtka do garnka z gotującym się mlekiem, ciągle mieszając trzepaczką. Gotujemy parę minut, tylko do lekkiego zagęszczenia zupy, i zdejmujemy z ognia. Odstawiamy do zupełnego wystygnięcia, a następnie na godzinę do lodówki. Po przelaniu do naczyń przykrywamy gęsto chmurkami.



 Stołówka poleca:

sobota, 23 maja 2015

Spring rolls

Czyli wiosenne roladki. Wiosenne, bo mimo że do wszystkich warzyw mamy teraz dostęp cały rok (no, prawie - świeżych szparagi tylko teraz:)), to jednak tylko wiosną smakują one tak, jak powinny. Wiosną rzodkiewki są ostre, marchewki słodkie, a szczypior wesoło faluje kitą. Nie mówiąc już nawet o pomidorach, one w tym przepisie nie występują, więc rozpływanie się nad ich słodyczą i zapachem zostawię sobie na inną okazję. Tymczasem noże w dłoń i przygotujcie sobie te niewymagające gotowania roladki na korpolanczyk.
  • 10 arkuszy papieru ryżowego
  • 100 g cienkiego makaronu ryżowego (można go trochę przyciąć, żeby łatwiej dał się później dzielić na porcje)
  • garść kiełków (dowolnych)
  • 5 rzodkiewek
  • 1/2 marchewki
  • 1/2 awokado (lub zielonego ogórka)
  • szczypiorek
Na sos:
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • sok z 1/2 limonki
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/3 papryczki chili
  • ew. 2 łyżki wody
Na początku zalewamy makaron ryżowy wrzątkiem. Nie trzeba go gotować, ale niech poleży 5-7 minut w tej wodzie, aż zmięknie.
Warzywa i awokado na początku musimy umyć. Następnie rzodkiewki kroimy w cienkie plasterki, awokado nacinamy wokół, wyciągamy pestkę i obieramy ze skóry, po czym również kroimy w cienkie plasterki i dodatkowo kroimy je na pół, żeby nie były za długie.
Marchewkę obieramy i kroimy w cienkie paski o długości ok. 4 cm, szczypiorek także przycinamy na tę samą długość. Z kiełkami nic nie musimy robić, bo od razu są fajne.

I teraz będzie część z czarami: do foremki o średnicy większej niż arkusze papieru ryżowego (ja użyłam formy do tart) nalewamy trochę ciepłej wody. Zamaczamy w niej pojedynczo arkusze na 5 sekund, aż będą miękkie, po czym kładziemy taki mokry arkusz na desce, nakładamy na jego środek trochę makaronu (tak na oko, może być łyżka, jeśli chcecie objętościowo to ogarnąć), na to kilka plastrów rzodkiewki, trochę kiełków, marchewki, szczypiorku, a na koniec kilka plastrów awokado. Oczywiście kolejność możecie sobie wybrać dowolną, ale kolorowe rzeczy ładnie wyglądają, kiedy są na wierzchu takiej roladki. Zawijamy całość jak koc na obozie harcerskim, tj. najpierw składamy boki do środka, a potem zwijamy, starając się naciągnąć trochę papier (wtedy zadziała jak folia spożywcza i będzie się trzymał sam siebie bez żadnych wykałaczek). Trochę skłamałam z tym kocem, bo nie musimy tu robić kieszonki i wciskać w nią roladki.

Na koniec najważniejsze: sos. Warzywa są super, wiadomo, zwłaszcza wiosną, ale dopiero ten sos, w którym będziemy maczać roladki... Ten sos to jest mistrzostwo. Nie ma też w nim żadnej filozofii - do masła orzechowego dodajemy po kolei resztę składników, oprócz wody (papryczkę oczywiście drobno posiekaną), mieszając dokładnie po dodaniu każdego składnika (w ten sposób unikniemy sytuacji, kiedy grudki masła pływają w pozostałych płynach). Próbujemy i jeśli wydaje się nam zbyt intensywny, dodajemy wodę.

I to tyle. Jemy roladki maczając je w sosie.





sobota, 14 marca 2015

Zupa brokułowa z gorgonzolą

Była kiedyś taka pani na jutubie, którą bardzo lubiłam oglądać. Nie przedstawiała jakichś odkrywczych rozwiązań kulinarnych, niespecjalnie wymyślnie przystrajała talerze, ale miała bardzo kojący głos i zawsze uspokajała moje zszargane nerwy. 
Zrobiła raz zupę brokułową ze stiltonem; stilton w niemieckich sieciach znalazłam tylko w półkilogramowych paczkach, a na co mi pół kilo sera pleśniowego, podmieniłam go zatem na gorgonzolę (z dużym sukcesem zresztą), dodałam świeżości bazylią i wlałam wszystko w mój nowy, ulubiony, emaliowany kubeczek. Polecam.

Na 4 porcje:
  • 1 brokuł
  • 1 l wody lub bulionu
  • 1 ząbek czosnku
  • 150 g gorgonzoli
  • 10-15 listków świeżej bazylii
  • sól, pieprz
Gorgonzolę kroimy na kawałki, bazylię siekamy w paseczki. 
Brokuła myjemy i dzielimy na różyczki. Zalewamy go osoloną wodą lub bulionem i gotujemy do miękkości. Pod koniec gotowania wciskamy do garnka ząbek czosnku i wszystko miksujemy blenderem na gładką zupę, przelewamy do kubków lub misek, do których uprzednio wrzuciliśmy kawałki gorgonzoli (każdemu według zasług) i posiekaną bazylię. 



środa, 11 marca 2015

Coś a la Pad Thai

Tylko nie do końca. Przede wszystkim - jest wegańskie. Poza tym, przyznaję, nigdy nie byłam w Tajlandii i nie jadłam prawdziwego pad thaia, więc prawdopodobnie nie mam pojęcia, jak powinien smakować. Wiem za to, że to, co udało mi się wymyślić, jest pyszne i jesteśmy z Kubą od tego uzależnieni, mimo braku sosu rybnego, pasty z tamaryndowca i innych azjatyckich ciekawostek.
Chciałam nazwać to danie tak, jak zwyczajowo na nie mówimy, czyli pataj. Ale potem stwierdziłam, że ta nazwa jest już tak związana z LaRuiną, gdzie kiedyś pataja od Ani skubnęłam trochę (rewanż za stare czasy, kiedy to Ania była gołębiem), że stała się prawie znakiem zastrzeżonym. Ale skoro nie pad thai ani nie pataj, to... nie wiem. Niech mi ktoś pomoże.

Na 2 sycące porcje:

  • 200 g makaronu ryżowego (grubszego, jakieś 5mm)
  • 1 kostka tofu
  • 3-4 łyżki sosu sojowego
  • 1 limonka
  • 1 pęczek szczypiorku
  • 1 ząbek czosnku (raczej większy niż mniejszy)
  • 1 papryczka chili (oczyszczona z pestek)
  • garść (lub dwie) orzeszków ziemnych (niesolonych!)
  • 1,5 łyżki cukru trzcinowego
  • 1 łyżka wody
Makaron wrzucamy do gorącej, osolonej wody i trzymamy w niej (nie gotując) ok. 15 minut, aż będzie al dente. Tymczasem wrzucamy tofu do miski i rozgniatamy je widelcem, aż powstaną małe grudki przypominające mielone mięso na patelni. Do tofu wciskamy czosnek, wlewamy sos sojowy i sok z połowy limonki, dobrze mieszamy.
Siekamy szczypiorek, orzeszki (nie muszą być bardzo rozdrobnione), a papryczkę kroimy w cienkie krążki, odkładamy na potem.
Na patelnię wsypujemy cukier i dolewamy łyżkę wody, mieszamy i podgrzewamy, aż zrobi nam się syrop. Na ten syrop wrzucamy rozdrobnione tofu i podsmażamy przez 2 minuty. Dodajemy większość orzeszków, papryczki i szczypiorku, odkładając tylko nieco z każdego do dekoracji.
Odcedzamy makaron i wrzucamy na patelnię z resztą składników, dobrze mieszamy i nakładamy do misek. Przyozdabiamy resztką orzechów, szczypiorku i papryki.
Trzeba podawać z sosem sojowym i ćwiartkami limonki z boku, żeby każdy mógł osiągnąć ulubione proporcje kwaskowości.



niedziela, 15 lutego 2015

Owsiane racuchy

W opozycji do tłustych ostatków i do ostatniego mojego przepisu, dietetyczno-bezcukrowo-beztłuszczowymi racuchami zawiadamiam, że nie umarłam. Do kompletu modnych ostatnio przymiotników brakuje im tylko bezglutenowe i wegańskie, ale nie wymagajcie tego ode mnie w jednym przepisie, i tak dużym osiągnięciem było dla mnie wyzbycie się tłuszczu i cukru :)
Bardzo dobre na zimno i ciepło i dają to miłe poczucie, że się zrobiło coś dobrego dla wątroby.

Na ok. 10 placków

  • 2 jajka
  • 2 jabłka 
  • 3/4 szklanki (lub nieco więcej - w zależności od tego, jak duże były jajka i jabłka. Ciasto musi być gęste) błyskawicznych płatków owsianych
Jabłka umyć (koniecznie), obrać (niekoniecznie) i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Dodać jajka (umyte i rozbite), owies, dobrze wymieszać, odstawić na 10 minut,  żeby płatki wciągnęły wilgoć.
Rozgrzać nieprzywierającą patelnię, łyżką nakładać placki o średnicy 8-10 cm i grubości około 1 cm. Smażyć po 1-2 minuty z obu stron (aż będą rumiane), podawać np. z takim jogurtem:
  • 1 mały kubeczek naturalnego jogurtu
  • 10 suszonych śliwek
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
Śliwki pokroić w paski, dodać do jogurtu. Przyprawić cynamonem  i wymieszać. (Najlepszy jest, jak się przegryzie przez pół godziny, true story).



sobota, 24 stycznia 2015

Sernik czekoladowo-pomarańczowy

Karnawał jest, jest też imperatyw jedzenia słodyczy.
Jeżeli - tak jak ja - nie mieliście żadnych noworocznych postanowień, a już zwłaszcza takich dotyczących odżywiania, zapraszam na ciasto sycące i ciężkie jak trufla, o intensywnym smaku czekolady z pomarańczami. A potem idźcie na pilates.

  • 1 opakowanie owsianych ciasteczek ze znanej i cenionej portugalskiej sieci sklepów
  • 250 g serka typu włoskiego z tej samej sieci
  • 250 g półtłustego twarogu
  • 250 g mascarpone
  • 150 g gorzkiej czekolady
  • 2 łyżki kakao
  • skórka i sok z 1 pomarańczy
  • 3 jajka
  • 1 szklanka cukru pudru
  • plasterki pomarańczy do dekoracji
Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.

Ciasteczka mielimy w blenderze na piasek (lub bezpardonowo miażdżymy je wałkiem). Wysypujemy nimi tortownicę o średnicy 20cm, wcześniej wykładając jej dno papierem pieczeniowym.
Nagrzewamy piekarnik do 140 stopni.
Serek typu włoskiego oraz twaróg wkładamy do miski i blenderem miksujemy je na gładki krem. Musi być naprawdę gładki, bo po dodaniu czekolady każda niezmielona grudka będzie na nas łypać białym okiem.
A właśnie - czekolada. Rozpuszczamy ją w kąpieli wodnej (po raz pierwszy naprawdę na coś przydał się garnek do gotowania mleka, który kupiłam ze 2 miesiące temu w bdr i okazał się być zdekompletowany - nie miał gwizdka. Ale do kąpieli wodnych dla czekolad nadaje się świetnie) i dodajemy 2 łyżki kakao.
Do zmiksowanych twarogów dodajemy mascarpone i jeszcze raz całość traktujemy kilkoma seriami blendera. Dolewamy czekoladę, sok z pomarańczy i jajka. Na koniec dodajemy skórkę i cukier puder i delikatnie mieszamy - nie chcemy zbytniego napowietrzenia masy.
Gotową sernikową mieszankę przelewamy na spód z ciastek i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy 45 minut w 140 stopniach, a potem jeszcze drugie 45 w 110, aż całość będzie się trząść jak galareta, ale nie będzie pływająca (może to u Was zająć mniej lub więcej czasu, niż u mnie, każdy piekarnik ma swoje widzimisię) .Wyłączamy piekarnik i studzimy sernik przy uchylonych drzwiczkach. Kiedy ciasto jest już zupełnie zimne, wstawiamy je na 3-4 godziny (lub więcej) do lodówki. Dekorujemy półplasterkami pomarańczy według uznania.



niedziela, 18 stycznia 2015

Naleśniki z gruszkami i wanilią

W sobotach najbardziej sobie cenię leniwe śniadania.
Z dobrą kawą (z ubitym mlekiem koniecznie) i jakimś wynagradzającym mi cały miniony tydzień przysmakiem. Lubię sobie usiąść w kuchni i patrzeć na łąkę za oknem, nawet jeśli jest szaro i mglisto, jak ostatnio bez przerwy. 
Niedziele już nie mają takiego uroku, pewnie dlatego, że należę do grupy osób w niedzielę myślących już o poniedziałku. Może kiedyś się nauczę nie martwić na zapas, póki co pozostaje mi wspominać sobotnie śniadanie.

Naleśniki:
  • 1/2 szklanki mąki
  • 2 jajka
  • 1 i 1/4 szklanki mleka
  • szczypta soli
Mąkę mieszamy z jajkami i solą na gładką masę. Dolewamy mleko i mieszamy tak długo, aż nie będzie grudek. Odstawiamy ciasto na 20-30 minut do lodówki.
Rozgrzewamy patelnię (możemy roztopić na niej też trochę masła, ale jeśli jest nieprzywierająca, to nie trzeba) i smażymy cienkie naleśniki nalewając nieco ciasta na środek patelni i przechylając patelnię tak, żeby ciasto się rozlało po całości. Kiedy na naleśniku zaczną pojawiać się bąble przewracamy go i smażymy 20-30 sekund.

Gruszki:
  • 3-4 gruszki
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
Gruszki obieramy i kroimy w niezbyt grube plastry, wrzucamy do rondelka i sypiemy im cukru. Podgrzewamy na niedużym ogniu, aż puszczą sok, a cukier zupełnie się rozpuści. Na koniec dolewamy ekstrakt z wanilii i ściągamy je z ognia. Odcedzamy gruszki z soku, którego pod żadnym pozorem nie wylewamy, za chwilę się przyda, i układamy na każdym naleśniku stosowną porcję.
Naleśniki składamy w trójkąty.

Sos:
  • sok spod gruszek
  • pół kubka jogurtu naturalnego
  • ewentualnie trochę cukru i wanilii, jeśli nam brakuje do smaku
Powyższe składniki mieszamy i polewamy powstałym sosem złożone naleśniki.




poniedziałek, 22 grudnia 2014

Pierogi

Czas, żeby do serii bożonarodzeniowych przepisów dołączył klasyk.
Klasyk, którego nigdy u nas w domu nie było na wigilię :) dopiero któryś ze Szwagrów wymamrotał coś tęsknym głosem, że owszem, nie pogardziłby.
Zgłosiłam się na ochotniczkę, mimo że to niesamowicie upierdliwe w wykonaniu danie, ale dla rozkoszowania się porządnymi ruskimi jestem w stanie to przecierpieć.
Ale żeby nie było za różowo, zawsze znajdzie się ktoś, kto ruskich nie lubi (Tata) i trzeba zrobić też kapuściano-grzybowe - zrobiłam i takie, a żeby nie były zbyt kwaśne, potraktowałam je szczodrą ilością masła i suszonych śliwek.
A tacie odłożyłam takie zupełnie zwykłe, jeno z kapusto i grzybami, tata owoców w konkretach nie uznaje.

Ciasto na ok. 50 pierogów:
  • 400 g mąki
  • 250-300 ml wrzątku
  • szczypta soli
  • łyżka oliwy
Mąkę wsypać do miski, dodać sól, zalać wrzątkiem (najpierw mniej, a jeśli ewidentnie nie będzie chciało z tego wyjść ciasto, można dolać), dolać oliwy i mieszać (najpierw łyżką! żebyście się mi tylko nie poparzyli przed świętami), aż zacznie się formować ciasto, następnie wyjąć je z miski i ugniatać je ręką, aż powstanie gładka kula. Jeśli ciasto się klei, dosypać mąki. 
Efektem końcowym ma być gładkie, jednolite ciasto, które nie będzie się do niczego kleiło.
Przykryć ściereczką i odstawić na godzinę, w tym czasie można przygotować farsze:

kapuściano-grzybowy ze śliwkami:
  • 450 g kiszonej kapusty
  • 1 szklanka suszonych grzybów (należy zalać je wrzątkiem i przykryć, niech dobrze nasiąkną. Nie wylewać naparu!)
  • 2 nieduże cebule
  • 2-3 łyżeczki kminku (według uznania)
  • 8-10 suszonych śliwek
  • 80 g masła
  • świeżo zmielony pieprz
  • ewentualnie sól
Cebulę drobno posiekać i zeszklić na 1 łyżce masła. 
Kapustę opłukać i drobno pokroić. Dorzucić do zeszklonej cebuli, chwilę podsmażyć i zalać wywarem spod grzybów. Same grzyby drobno pokroić i również dodać do kapusty. Doprawić kminkiem i pieprzem, dodać masło. Gotować na niedużym ogniu pod przykryciem 45-60 minut (aż kapusta zmięknie), sprawdzając co jakiś czas, czy się nie przypala. Pod koniec gotowania dodać drobno pokrojone śliwki.
Uprzedzając pytania - tak, można pominąć śliwki, o czym wspomniałam we wstępie :)

Ruski:
  • 3 ziemniaki normalnej wielkości
  • 1/2 kostki twarogu (tłustego!)
  • 2 łyżki masła
  • 2 małe cebule
  • sól
Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie do miękkości.
Cebulę drobno posiekać i smażyć na maśle tak długo, aż się zezłoci. Miękkie ziemniaki udusić, dodać do cebuli, wrzucić twaróg i doprawić solą, wszystko dobrze wymieszać. Jeśli farsz wyda się zbyt suchy, można dolać nieco mleka.

Podsypać blat (i wałek) mąką. Ciasto pierogowe podzielić na 2 części, każdą z nich rozwałkować na grubość 1-2 mm. Wykrawać kółka jakąś dużą szklanką, nakładać na nie farsz, składać w pół i zlepiać. Jeśli się nie będą chciały zlepić, wystarczy zmoczyć palce w wodzie i zwilżyć oporne na klejenie miejsca.
Można je gotować od razu albo zamrozić i ugotować w dowolnym momencie. (Gotujemy je w osolonej, wrzącej wodzie do czasu, aż wypłyną na powierzchnię).
Później można je podsmażyć na maśle z cebulą - nie czas na diety, kiedy pierogi są na horyzoncie.



poniedziałek, 8 grudnia 2014

Grahamki ze słonecznikiem

Tak, przyznaję. Skandalicznie dawno niczego nie dodałam. Trochę mnie ta jesień dobija, bo jeśli już świeci słońce, to tylko wtedy, kiedy siedzę w pracy.
Mógłby spaść śnieg (taki ze mnie chojrak, bo samochód mam w garażu i nie muszę się martwić o poranne odśnieżanie), ciężko się wczuć w święta przy plus ośmiu.
W związku z tym jeszcze nieświąteczny przepis tutaj. Może od jutra będzie u mnie pachniało goździkami.

na 12 sztuk:

  • 2,5 szklanki mąki graham
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 0,5 szklanki ciepłego mleka
  • 2/3 szklanki ciepłej wody
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżka miodu
  • 2 łyżki oleju
  • 1/2 szklanki łuskanego słonecznika
  • rozbełtane jajko do posmarowania
Z drożdży, ciepłego mleka (nie gorącego!), łyżki mąki i łyżeczki cukru robimy rozczyn. Pozostawiamy na 10 minut, żeby pączkowanie ruszyło.
Mąki, sól i słonecznik mieszamy. Miód rozpuszczamy w wodzie. Do suchych składników wlewamy słodką wodę, mleko i olej, wszystko dobrze łączymy i wyrabiamy ciasto, które może być klejące. Stawiamy w ciepłym miejscu (błogosławię stary kaloryfer w salonie - jest na tyle duży, że mogę bez problemu kłaść na nim miski, garnki i inne duperele) na 2h (ja ciasto zagniotłam wieczorem i zostawiłam pod przykryciem na całą noc, żeby na śniadanie zjeść świeże bułki. Polecam, choć - ku mojemu zaskoczeniu - bułki były świeże jeszcze długo po upieczeniu).
Po tym czasie na podsypanym mąką blacie formujemy bułki (ok. 8x10cm), kładziemy na blaszkę i pozwalamy jeszcze przez jakieś 30 minut im puchnąć. Później smarujemy je roztrzepanym jajkiem i posypujemy ziarnami słonecznika albo innymi ozdobnikami.Pieczemy w 200 stopniach przez 20 minut (aż skórka będzie złocista i chrupiąca).






Zainspirowane tym przepisem.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Sernik waniliowy z solonym karmelem

Mieszkam w lesie już 4 miesiąc.
Czwarty miesiąc testuję stary piekarnik, taki bez bajerów, bez termoobiegu, bez kombinacji że góra z rusztem albo dół z bokiem; właściwie testujemy się nawzajem, on - moją cierpliwość (ile razy w ciągu pieczenia jednego placka będzie mi się chciało wciskać wywalone korki), ja - jego wytrzymałość.
Przy pieczeniu pierwszego ciasta byłam załamana, kiedy po półtorej godziny wyciągnęłam niemal luźną masę. Wtedy z przykrością skonstatowałam, że nie ma co ryzykować z bezą czy sernikiem, bo za dużo energii (własnej i elektrycznej) i pieniędzy (z powodu energii również) musiałoby się zmarnować. Ale w ten weekend nie mogłam już dłużej udawać, że nie ssie mnie sernikowy głód.
Dobrze czasem pójść za głodem :) wyszedł mi najrówniejszy i najdelikatniejszy sernik (z tych pieczonych) w życiu. 
Uf, chyba jednak będziemy żyć w zgodzie.

Na formę o średnicy 20 cm:
  • 1 opakowanie (210 g) ciastek owsianych z bdr
  • 500 g tłustego twarogu (trzeba go będzie zmielić. Nie martwcie się, jeśli nie macie maszynki do mięsa, ja też nie - użyłam blendera)
  • 500 g mascarpone
  • 200 ml kremówki
  • 4 jajka
  • 1 i 1/3 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub ziarna z 1 laski wanilii
Karmel:
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1 łyżka wody
  • 1 łyżka masła
  • 120 ml kremówki
  • szczypta soli
Ciastka kruszymy na piasek - można to zrobić blenderem albo wałkiem. Rzeczonym piaskiem zasypujemy dno tortownicy, uprzednio wyłożone papierem do pieczenia. Wyrównujemy i zostawiamy na potem.
Składniki na masę powinny być w temperaturze pokojowej.
Twaróg, jak już wspomniałam, mielimy lub blendujemy tyle razy, żeby nie było w nim żadnych grudek. łączymy go ze śmietanką i mascarpone, dodajemy całe jajka, przesiany cukier i ekstrakt / ziarna wanilii. Mieszamy delikatnie, żeby powstała gładka masa, ale nie chcemy też niepotrzebnie jej napowietrzać, żeby potem sernik nie rósł i w konsekwencji - nie opadał.
Gotową masę serową przelewamy na dno z ciasteczek i wstawiamy na środkową półkę piekarnika nagrzanego do 150 stopni (bez termoobiegu). Pieczemy tak przez godzinę (sprawdzajmy co jakiś czas, czy się nie za bardzo przypieka - jeśli tak, na najwyższą półkę piekarnika wsuwamy taką dużą, płaską blachę, która jest w zestawie każdego piekarnika), potem zmniejszamy temperaturę do 120 stopni i pieczemy kolejną godzinę lub do czasu, kiedy sernik będzie wyraźnie ścięty (potrząsając foremką łatwo to sprawdzić - będzie się tylko trochę trząsł, ale nie będzie się rozlewał na boki). Zostawiamy go do wystygnięcia w uchylonym piekarniku. Kiedy będzie zimny, przekładamy go do lodówki na całą noc.
Przed podaniem polewamy karmelem:
Cukier wsypujemy do rondelka, dodajemy łyżkę wody i mieszamy. Stawiamy na małym ogniu i - już nie mieszając - czekamy, aż zbrązowieje. Kiedy to nastąpi, dodajemy masło i śmietankę (ostrożnie, będzie pryskać) i dosypujemy soli. Po 2-3 minutach całość powinna ładnie zgęstnieć, wtedy zdejmujemy z ognia i czekamy, aż trochę przestygnie. polewamy na wierzchu sernika.


 Przed polaniem karmelem. Musiałam się pochwalić, bo tak gładka powierzchnia sernika jeszcze mi nigdy nie wyszła ;)







niedziela, 16 listopada 2014

Seitan i pieczone pyry

Po raz drugi w historii bloga użyczam kawałka internetu Kubie.
Nie mogę tego robić za często, bo jego ostatni wpis cieszył się większym wzięciem, niż inne moje razem wzięte, a konkurencji nie trawię;)
***
Osób, które nie lubią mięsa jest naprawdę mało. Dlatego zaskakuje mnie, że kiedy mówię rozmówcy „nie jem mięsa” bardzo często z jego strony obok pytania „ale ze względów etycznych...?” pada jeszcze jedno: „...czy dlatego, że nie lubisz?”. Ludzie, mięso jest pyszne! Jasne, spotkałem się i z takimi jednostkami, które mówią „fujka” na jego widok lub zapach. Ale trudno mi tego nie odbierać jako – w niektórych przypadkach – pewnej egzaltacji.
Czasem jest tak, że nabiera się szczególnej ochoty właśnie na taką „guilty pleasure”, którą w moim przypadku jest mięso. Zazwyczaj wtedy, gdy jest się na przymusowej diecie, a youtube jakimś dziwnym trafem staje się nagle mięsnym foodtubem bez dna. Ale ale. Nie będę kasował swojego bezmięsnego licznika dla jakiejś zachcianki! Dlatego też nastała wyższa konieczność użycia chińskiej magii.
VINGARDIUM PRECIOZA!
Sejtana robi się z glutenu. W niektórych ogarniętych miejscach można dostać mączkę do ich robienia, niektóre firmy oferują nawet gotowe, najczęściej w jakiejś zalewie. Ale po obejrzeniu tego nabiera się ochoty na wyrób własny. Dla leniuszków i ludzi bez internetu (a na pewno jacyś się tu znajdą, hehehe) powiem, że należy po prostu połączyć 1 kg mąki z półtorej/dwiema szklankami wody i po ulepieniu ładnej kulki zanurzyć ją zupełnie w misce z wodą na około 30 min. Potem należy zacząć międlić łapami w tej śliskiej i trochę obrzydliwie przyjemnej w dotyku masie, aż zacznie wytrącać się skrobia, której się pozbywamy zmieniając co kilka minut wodę. Robi się to tak długo, aż woda przestanie być zupełnie biała. Ciasto mocno nam się zredukuje, ale no worries dudes and lasses. Gdy pozostanie nam już taka lekko kremowo-brązowa, gumowata masa, oznacza to, że pora już na wykończenie tego niegrzecznego chłopca (ang. BAD BWOY). Robi się to poprzez ugotowanie go w posolonym wywarze. W moim przypadku składał się on z kilku ząbków czosnku, dwóch posiekanych marchewek, lekko rozdrobnionej cebuli i przypraw w postaci stir-fry seasoning (nie pamiętam co tam było), papryki w proszku. I tyle. Gotuj to na spokojnym ogniu przez 20-30 min. Wtedy zrozumiesz, że strach przed tym, że „z takiej małej ilości glutenu nie zrobi się obiadu” w całości zniknie. Mój szatan wypełnił 3/4 garnka! Polecam wyciągnąć go potem z kąpieli i pozwolić trochę się ostudzić, wtedy trochę stężeje i nadawać się będzie do pokrojenia w plastry. Spaślaki grubości ok. 1 cm obtoczyłem w tartej bułce i wrzuciłem na rozgrzaną patelnię. W międzyczasie zrobiłem też pieczone pyry, jednak zastosowałem pewien myk w postaci nie PODGOTOWANIA ICH, ale UGOTOWANIA, do stanu zdecydowanej MIĘKKOŚCI. Te posiekane dzieci z nieprawego łoża (ang. BASTERDZ) wrzuciłem na wysoko zawieszoną w piekarniku blachę, dałem im trochę oliwy, oregana, bazylii i papa ryki. Niech się pieką w 200 stopniach, za karę, że musiałem je obierać. W ten sposób szybko się upiekły, a w środku były nawet miękkie, tak że POLECAM. Hola, hola! Nie pucuj się tu na giciora, bo przyjdzie twoja siora i spyta „a co z wywarem?”. I teraz mój autorski pomysł. SOS. Warzywa zblendowałem, dałem im 2-3 kopiaste łyżeczki przecieru pomidorowego, sporo curry i trochę kuminu. I wyszło git. Serio, polecam. Zwłaszcza, że same sejtany dość mocno nasiąkły oliwą i brakowało im smaku, ale SOS to nadrobił. Sałateczka z koperkiem (przyznam, kupna i na 90% niewegańska, bo czasem dają do nich jakiegoś zabielacza). Grało i buczało.
I tyle, ziomeczki. VEGAN GOODNESS. A najadłem się na sto dwa.
P.S. Nie poleca się jeść tego za dużo i zbyt często, bo można się nabawić kłopotów z jelitami. Nasz organizm nie jest dostosowany do trawienia takich ilości glutenów naraz. Nie wspominam o chorych na celiakię i nietolerujących gluten. Miejcie się na baczności, bidoki.
P.S. 2 Dzięki za inspirację Jerryemu i Kropie. Pozdro, mordy. Ostatnie wspólne gotowanie to był
SZOK! Tzn. oni gotowali, ja jadłem i od czasu do czasu przerzuciłem jakiegoś patana na drugi
boczek. Elo.

SKŁADNIKI kulfona i weroniki:


  • 1 kg mąki pszennej
  • sól i pieprz (DO SMAKU)
  • 2 marchewki
  • Giorgio Cebuloni
  • czosnek (najlepiej ten dodawany do GW)
  • papa ryka w proszku
  • curry
  • pyry (prawie do rymu z curry)
  • oliwa
  • oregano i bazylia 
  • bułka tarta
  • trochę farta.
zdjęcie telefonem, sorry - Kuba mnie zaskoczył obiadem ;)

wtorek, 11 listopada 2014

Krem burakowy

Czasem, zupełnie niespodziewanie, nachodzą mnie kulinarne wspomnienia z głębokiego dzieciństwa.
Z burakami właśnie tak mam, że przypomina mi się czas, jak jeszcze mieszkaliśmy w lesie, sarny regularnie częstowały się naszymi uprawami z grządki, najbardziej lubując się w botwince, i wśród tych obrazów jest jeszcze jeden, mówiący, że buraki to moje ulubione warzywa.
Od tego czasu prawie każde warzywo stało się moim ulubionym, ale rzeczywiście do buraków wyjątkowy sentyment pozostał.
Zatem tak jak sarny 20 lat temu, poczęstujcie się teraz tym jakże prostym buraczanym daniem, nad którym przymykam oczy z zadowolenia.

Na 2 porcje:


  • 4 buraki
  • 1,5 szklanki wody
  • sól, cukier
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżki kwaśnej śmietany
  • 4 skibki chleba
  • 1 łyżka masła
  • kozi ser
Buraki obieramy (najlepiej w gumowych rękawiczkach), płuczemy, kroimy na ćwiartki i wkładamy do garnka. Zalewamy wodą i gotujemy pod przykryciem do miękkości. Miksujemy blenderem na krem, po czym wciskamy czosnek oraz solimy i cukrzymy do smaku. Na koniec zabielamy śmietaną.
Podajemy z grzankami z kozim serem: Na patelni rozpuszczamy masło i podsmażamy chleb z obu stron, aż się ładnie zrumieni, smarujemy kozim twarożkiem i zjadamy, póki ciepłe.



niedziela, 9 listopada 2014

Jesienna (chyba) zupa

No właśnie, czy to jeszcze zupa, czy już potrawka? To takie danie, do którego wrzuca się wszystko, co jest w lodówce, a że jesienią moja lodówka obfita jest w same dobre warzywa, zupa (potrawka) też w nie obfituje.
Piona, listopadzie, przynosisz dobre jedzenie.

Na 2 porcje:
  • 1 cebula
  • 1 czerwona papryka
  • 1 marchewka
  • 1/2 małego bakłażana
  • 1 szklanka pokrojonej w kostkę dyni
  • 1/3 szklanki czerwonej soczewicy
  • 1/2 szklanki przecieru pomidorowego (nie koncentratu - przecier jest rzadki)
  • 2/3 szklanki wody
  • 1 ząbek czosnku
  • 1,5 cm kawałek świeżego imbiru
  • 1/2 papryczki chili
  • 1/3 łyżeczki kuminu
  • garść orzeszków ziemnych
  • sól, olej
Cebulę kroimy w kostkę, podsmażamy na niewielkiej ilości oleju do zeszklenia. Następnie dodajemy wypłukaną dwukrotnie soczewicę, pokrojoną w kostkę paprykę, takoż pokrojonego bakłażana i dynię, marchewkę w plasterkach, zalewamy wszystko wodą, solimy i dusimy pod przykryciem przez jakieś 7 minut. W tym czasie woda zostanie mocno wchłonięta przez warzywa, głównie soczewicę, więc jeśli zauważymy, że coś z garnka zaczyna się dymić, dolewamy czem prędzej przecieru, słoiczek po nim możemy jeszcze dodatkowo przepłukać niewielką ilością wody i też dolać to do garnka. Kiedy warzywa zmiękną, doprawiamy je startym imbirem, pokrojoną w krążki chili, kuminem i czosnkiem. Sprawdzamy, czy słoność nam odpowiada, jeśli nie (bo za mało), to dosypujemy. Jeśli nie, bo za dużo, to dolewamy nieco więcej wody lub przecieru. Po przelaniu/przełożeniu do misek posypujemy posiekanymi orzeszkami.





niedziela, 2 listopada 2014

Ciasto dyniowe z polewą kawową

Dawno mnie tu nie było, wiem. Przepraszam, ale krótkie dni i mgły nie motywują mnie do niczego.
Stwierdziłam jednak, że takie podnoszące na duchu ciasto musi się tu szybko znaleźć, na wypadek, gdyby był ktoś jeszcze tak jak ja uczulony na szarugę i zimno.
No to dyktuję, a potem wracam pod koc.

Na blachę o wymiarach 25x20cm:
  • 1 szklanka puree z dyni (upieczoną lub ugotowaną w niewielkiej ilości wody i odcedzoną dynię należy porządnie zblendować i w ten magiczny sposób otrzymujemy puree z dyni)
  • Sok i skórka starta z 1 pomarańczy
  • 1 cm imbiru, startego
  • 3 jajka (białka i żółtka osobno)
  • 180 g roztopionego masła
  • 1 szklanka cukru
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Na polewę:
  • 60 ml espresso (naprawdę tak to się pisze i wymawia)
  • 180 g białej czekolady
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni (bez termoobiegu)
Puree łączymy z sokiem i skórką pomarańczową, imbirem, połową cukru, masłem i żółtkami. Dobrze mieszamy.
Białka ubijamy na sztywno, na sam koniec dodajemy resztę cukru i ubijamy do czasu, aż cukier się rozpuści. Do piany przesiewamy stopniowo mąkę z proszkiem - nie wrzucajmy wszystkiego na raz, o ile nie chcemy uzyskać kluchy. Kiedy przesiejemy pół szklanki, delikatnie mieszamy łyżką, żeby połączyć białka z mąką, następnie kolejne pół szklanki mąki - i w tym momencie zacznie robić się gęsto, więc dodajemy ok. pół szklanki dyniowej mikstury, żeby można było dalej bez problemu mieszać. Dodajemy resztę mąki i delikatnie łączymy mieszankę białkową z mieszanką dyniową.
Przelewamy ciasto do wysmarowanej masłem foremki, pieczemy przez ok. 40 minut (do suchego patyczka).
Ostudzone ciasto polewamy polewą:

Espresso przelewamy do rondelka, wrzucamy połamaną czekoladę i całość podgrzewamy, aż czekolada się rozpuści. Gotujemy ok. 5-10 minut ciągle mieszając, żeby nieco wody odparowało i całość ładnie zgęstniała. Przestudzonym, ale płynnym sosem polewamy ciasto.








poniedziałek, 13 października 2014

Tarta jabłkowo-orzechowa

Idziemy za ciosem z jabłkami. Naprawdę udana rzecz na udaną jesień. Nie jest najszybsza, ale wieczory teraz takie długie.... Gdybym nie musiała siedzieć w pracy do zachodu słońca, to przycupnęłam sobie teraz na moim czerwonym od liści tarasie z herbatą i tartą właśnie.
Czy mówiłam już, że życie w lesie jest najlepsze?

Na ciasto:
  • 180 g zimnego masła
  • 200 g mąki
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 80 ml lodowatej wody
  • + nieco mąki do podsypania
  • + 1 żółtko i 2 łyżki mleka do posmarowania

Mąkę i sól przesiewamy. Wkrawamy małe kosteczki masła i ugniatamy palcami, aż zrobi się mieszanka o strukturze drobnej kruszonki. Dolewamy stopniowo wody i zagniatamy, następnie chowamy do lodówki na 20 minut. Po tym czasie wyciągamy ciasto, delikatnie podsypujemy mąką i rozwałkowujemy je mniej więcej w prostokąt. Składamy ciasto na trzy części (jak na zdjęciu) i rozwałkowujemy ponownie na prostokąt. Obracamy o 90 stopni, składamy raz jeszcze i wałkujemy. Ostatni raz (w tej rundzie) składamy boki do środka i chowamy do lodówki na pół godziny. Po tym czasie znowu powtarzamy dwa obroty z wałkowaniem i odstawiamy do lodówki na 30 minut.



Jabłkowe nadzienie:
  • 5 jabłek
  • 4 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżka masła
Jabłka obieramy, usuwamy z nich gniazda nasienne i kroimy w małą kostkę. Wrzucamy do garnka z dodatkiem masła, cukru i cynamonu, dusimy przez 5-7 minut, od czasu do czasu mieszając.


Orzechy:
  • 100 g orzechów laskowych
  • 4 łyżki cukru
  • 1 łyżka wody
Cukier wsypujemy na suchą patelnię. Dolewamy wodę, czekamy, aż wsiąknie w cukier (możemy pomóc trochę mieszając łyżką) i na małym ogniu przygotowujemy karmel - teraz już nie mieszamy.
Orzechy siekamy niezbyt drobno. Kiedy cukier jest całkowicie rozpuszczony i złotobrązowy, wrzucamy nań orzechy, dobrze pokrywamy je karmelem i trzymamy na małym ogniu jakieś 2 minuty. Odkładamy.

Ciastem wykładamy dno i boki formy na tartę o średnicy 28-30 cm. Jeśli zostaną nam skrawki, możemy z nich zrobić paski i udekorować później wierzch.
Spód z ciasta podsypujemy równomiernie łyżką mąki, żeby związała ewentualny sok jabłkowy. Wykładamy podduszone jabłka, na wierzch rzucamy skarmelizowane orzechy. Przykrywamy paskami ciasta, które przylepimy do boków, jeśli posmarujemy je żółtkiem z mlekiem. Z wierzchu również smarujemy taką mieszanką, żeby upiekło się na złoto.
Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na 30-40 minut.






środa, 8 października 2014

Tarta z jabłkami i marcepanem

Na wielu blogach znajdziecie tartę w tym kształcie pod hasłem "rustykalna tarta z..", ale, sorry, mi taka pretensjonalna nazwa nie przejdzie przez gardło.
Śmieszny placek, do upieczenia którego nie trzeba formy, ale za to przydałby się wałek. Ewentualnie butelka wina.
Zróbcie koniecznie. Na złość Putinowi.

Ciasto:
  • 1,5 szklanki mąki
  • 100 g zimnego masła
  • 3 łyżki zimnej wody
  • spora szczypta soli
  • 3 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
Mąkę, cukier, cynamon i sól mieszamy. Wkrawamy zimne masło, wlewamy wodę i wyrabiamy jednolite ciasto - nie za długo, żeby się niepotrzebnie nie ogrzało. Wkładamy do lodówki na 30 minut.
W tym czasie przygotowujemy nadzienie:
  • 4 jabłka
  • 100 g marcepanu (zamrożonego)
  • 2 łyżki masła (zamrożonego)
  • 3 łyżki cukru
  • 1 łyżka mąki
Jabłka obieramy i wykrawamy gniazda nasienne. Kroimy w plasterki. Zasypujemy je 2 łyżkami cukru i odstawiamy.

Ciasto wyjmujemy z lodówki i rozwałkowujemy je w kształt mniej więcej okrągły pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia na grubość ok. 2-3mm. Nie odkrawamy nierównych krawędzi, tak ma być :) zdejmujemy górny papier i przenosimy ciasto na blaszkę.
Posypujemy je mąką i pozostałą łyżką cukru, zostawiając jakieś 3-4 cm marginesu od brzegu. Na powierzchnię posypaną mąką kładziemy jabłka, na górę heblujemy hebelkiem lub obieraczką do warzyw marcepan. Na samą górę ścieramy na tarce o grubych oczkach zamrożone masło. Boki tarty podnosimy i "otulamy" nimi jabłka.
Pieczemy w 190-200 stopniach przez 30-40 minut, aż ciasto zbrązowieje.






czwartek, 2 października 2014

Chińczyk. Makaron.

A konkretnie to danie makaronowe na sposób (powiedzmy) chiński, które z Chinami pewnie nie ma nic wspólnego (oprócz, jak sądzę, miejsca produkcji poszczególnych składników), ale dla mnie chyba to i lepiej. Nigdy nie byłam jakąś wielką fanką chińskich restauracji, możliwe, że nie trafiłam nigdy do przyzwoitej, ale po prostu te wszystkie dania wydawały mi się zawsze bez smaku. Albo ze smakiem, tylko nietrafionym - np. za słodkim albo zbyt kwaśnym.
A to mi się całkiem udało. I nawet dość sprawnie posłużyłam się pałeczkami, które kilka miesięcy temu ogarnięta szałem tygodnia azjatyckiego kupiłam nieroztropnie w jednym z niemieckich sklepów.

Na 2 porcje:
  • 1 duża cebula
  • 1 duża marchewka lub 2 mniejsze
  • 1 czerwona papryka
  • garść groszku cukrowego (świeżego lub mrożonego)
  • 1 kostka tofu
  • orzeszki ziemne solone - ilość wg uznania
  • opcjonalnie: chińskie dodatki typu kiełki fasoli, pędy bambusa, grzybki, co kto lubi
Marynata do tofu:
  • 1,5cm kawałek imbiru
  • sok i skórka z 1/2 cytryny lub limonki
  • 1 łyżeczka trawy cytrynowej
  • 1 ostra papryczka / 1 łyżeczka ostrej papryki w paście
  • 1 łyżka miodu
  • 1 ząbek czosnku
  • sól
  • 4 łyżki oleju sezamowego (lub inny olej, ale oliwa już niekoniecznie)
+ makaron dla 2 osób. Ja miałam gryczany. Smaczny, ale możecie użyć innego :)

Tofu kroimy w kostkę (ok. 1,5 cm). Imbir ścieramy do miski, dodajemy miód, skórkę i sok z wybranego cytrusa, trawę cytrynową i przeciśnięty czosnek. Solimy, dorzucamy pokrojoną drobno ostrą paprykę i zalewamy olejem. Wrzucamy do tej marynaty tofu* i mieszamy dobrze, żeby się całe pokryło sosikiem. Odstawiamy na pół godziny do przegryzienia.
Cebulę kroimy w pióra, paprykę i marchewkę w cienkie paski. Groszek czyścimy i nie musimy się nim za bardzo przejmować.
Rozgrzewamy patelnię, skrapiamy ją olejem i wrzucamy cebulę, którą następnie lekko solimy. Smażymy, aż się lekko zeszkli. Dodajemy tofu wraz z całą marynatą i smażymy ok. 2 minuty na średnim ogniu. Wrzucamy resztę warzyw, dodatki chińskie i ewentualnie trochę oleju, żeby się całość nie spaliła. Dorzucamy orzeszki ziemne, przykrywamy patelnię i trzymamy na ogniu ok 10 minut, aż warzywa zmiękną.
Na koniec dodajemy ugotowany makaron i po wymieszaniu smażymy jeszcze 2 minuty.



*Ostatnio użyłam zapasu tofu zalegającego w zamrażarce. Nie chciało mi się czekać, aż się rozmrozi, więc takie lodowate się macerowało i mam wrażenie, że przeszło smakami lepiej, niż takie zwykłe, niemrożone tofu. Polecam.

wtorek, 16 września 2014

Tacos z wegańskim wkładem

Uwielbiam takie smaki. I naprawdę nie brakuje mi w tym daniu mięsa, chociaż zdaję sobie sprawę, że kuchnia meksykańska kocha mięso prawie tak samo, jak węgierska.
Pewnie do dzisiaj zastępowałabym mięso granulatem sojowym, gdyby któregoś dnia Kuba nie zapomniał go kupić, więc musiałam improwizować. Kasza jaglana sprawdza się tu świetnie, i jest o wiele zdrowsza od modyfikowanej soi. Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale nawet Kuby zapominalstwo może być pożyteczne.

Na 2-3 osoby:
  • 1/3 szklanki kaszy jaglanej
  • 1 duża cebula
  • 1 czerwona papryka
  • 1/2 puszki kukurydzy
  • 1 pomidor
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • czosnek
  • 1 łyżeczka przyprawy meksykańskiej
  • 3/4 puszki czerwonej fasoli (może być w ostrym sosie, wtedy jednak lepiej podarować sobie papryczkę chili)
  • 1-2 kostki gorzkiej czekolady
  • 1/2 papryczki chili
  • olej do smażenia
  • sól
  • 8-12 łódeczek taco
opcjonalnie: sos czosnkowy (jogurt grecki, ząbek czosnku, sól)

Kaszę płuczemy dwukrotnie, zalewamy wodą (2 razy tyle objętości wody, co kaszy), solimy i gotujemy na małym ogniu, aż wchłonie całą wodę.
Cebulę kroimy w kostkę, paprykę również. Wrzucamy je na rozgrzany na patelni olej, lekko solimy. Podsmażamy ok 3-5 minut, aż nieco zmiękną. Wtedy dodajemy kukurydzę, pomidora pozbawionego skórki i pokrojonego w kostkę, przecier pomidorowy, przyprawę i czosnek. Dusimy 5 minut, na koniec dodajemy fasolę, pokrojoną w plasterki chili i wrzucamy czekoladę. Mieszamy aż do jej rozpuszczenia.
Tacosy możemy podgrzać krótko w piekarniku albo na tosterze (nie takim składanym, tylko takim, co z niego wyskakują grzanki), ale nie trzeba. Podgrzeją się ciepełkiem farszu. Podajemy z sosem czosnkowym (polecam) albo nie, jeśli chcemy zachować wegańskość dania :)




środa, 10 września 2014

Drożdżowe babeczki ze śliwkami

Pewnie już myśleliście, że to kolejny przepis na najnudniejszy wypiek świata (niestety, ciasto drożdżowe mnie nie zniewala, chociaż wiem, że dla wielu ludzi to najwyborniejszy podwieczorek...), a tu niespodzianka, bo nie. Czekoladowe drożdżowe wcale nie jest aż tak popularne, a czekoladowych drożdżowych muffinek to już w ogóle jeszcze nie jedliście.
Na pewno nie stąd. :)
Fajnie się je takie w pracy. Śliwka mile zaskakuje, a biała czekolada jest, jak zwykle, białą czekoladą. Czyli nagrodą.

Na 14 babeczek:
  • 1 szklanka mleka
  • 100 g masła
  • 2 jajka
  • 20 g drożdży
  • 2 szklanki mąki
  • 2 łyżki kakao
  • 1/2 szklanki cukru
  • 7 śliwek
  • biała czekolada
Pół szklanki mleka podgrzewamy, ale nie chcemy, żeby było bardzo gorące, bo zaraz będziemy wrzucać do niego drożdże. 
Zatem wrzucamy drożdże, dosypujemy łyżeczkę cukru i dokładnie mieszamy. Odstawiamy na 10 minut, aż drożdże ruszą.
Masło roztapiamy i studzimy.
W osobnym naczyniu suche składniki łączymy ze sobą, dodajemy roztopione masło, jajka, pozostałe mleko i zaczyn z drożdży. Wyrabiamy gładkie ciasto i zostawiamy w ciepłym miejscu, przykryte czystą ściereczką, na godzinę. Możemy w tym czasie iść nazbierać śliwek.

Kiedy ciasto wyrośnie, nakładamy je do połowy wysokości foremek babeczkowych (nie trzeba ich niczym wykładać, ale można), na wierzch kładziemy po pół śliwki, delikatnie wciskając je do środka. Jeśli zostanie nam nieco ciasta, możemy te śliwki jeszcze nim trochę przykryć, ale nie jest to niezbędny warunek.
Pieczemy w 180 stopniach przez 15-20 minut (znowu - to zależy od piekarnika), na jeszcze gorących kładziemy po kostce białej czekolady.






drukuj