Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biała czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biała czekolada. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2014

Ciasto dyniowe z polewą kawową

Dawno mnie tu nie było, wiem. Przepraszam, ale krótkie dni i mgły nie motywują mnie do niczego.
Stwierdziłam jednak, że takie podnoszące na duchu ciasto musi się tu szybko znaleźć, na wypadek, gdyby był ktoś jeszcze tak jak ja uczulony na szarugę i zimno.
No to dyktuję, a potem wracam pod koc.

Na blachę o wymiarach 25x20cm:
  • 1 szklanka puree z dyni (upieczoną lub ugotowaną w niewielkiej ilości wody i odcedzoną dynię należy porządnie zblendować i w ten magiczny sposób otrzymujemy puree z dyni)
  • Sok i skórka starta z 1 pomarańczy
  • 1 cm imbiru, startego
  • 3 jajka (białka i żółtka osobno)
  • 180 g roztopionego masła
  • 1 szklanka cukru
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Na polewę:
  • 60 ml espresso (naprawdę tak to się pisze i wymawia)
  • 180 g białej czekolady
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni (bez termoobiegu)
Puree łączymy z sokiem i skórką pomarańczową, imbirem, połową cukru, masłem i żółtkami. Dobrze mieszamy.
Białka ubijamy na sztywno, na sam koniec dodajemy resztę cukru i ubijamy do czasu, aż cukier się rozpuści. Do piany przesiewamy stopniowo mąkę z proszkiem - nie wrzucajmy wszystkiego na raz, o ile nie chcemy uzyskać kluchy. Kiedy przesiejemy pół szklanki, delikatnie mieszamy łyżką, żeby połączyć białka z mąką, następnie kolejne pół szklanki mąki - i w tym momencie zacznie robić się gęsto, więc dodajemy ok. pół szklanki dyniowej mikstury, żeby można było dalej bez problemu mieszać. Dodajemy resztę mąki i delikatnie łączymy mieszankę białkową z mieszanką dyniową.
Przelewamy ciasto do wysmarowanej masłem foremki, pieczemy przez ok. 40 minut (do suchego patyczka).
Ostudzone ciasto polewamy polewą:

Espresso przelewamy do rondelka, wrzucamy połamaną czekoladę i całość podgrzewamy, aż czekolada się rozpuści. Gotujemy ok. 5-10 minut ciągle mieszając, żeby nieco wody odparowało i całość ładnie zgęstniała. Przestudzonym, ale płynnym sosem polewamy ciasto.








środa, 10 września 2014

Drożdżowe babeczki ze śliwkami

Pewnie już myśleliście, że to kolejny przepis na najnudniejszy wypiek świata (niestety, ciasto drożdżowe mnie nie zniewala, chociaż wiem, że dla wielu ludzi to najwyborniejszy podwieczorek...), a tu niespodzianka, bo nie. Czekoladowe drożdżowe wcale nie jest aż tak popularne, a czekoladowych drożdżowych muffinek to już w ogóle jeszcze nie jedliście.
Na pewno nie stąd. :)
Fajnie się je takie w pracy. Śliwka mile zaskakuje, a biała czekolada jest, jak zwykle, białą czekoladą. Czyli nagrodą.

Na 14 babeczek:
  • 1 szklanka mleka
  • 100 g masła
  • 2 jajka
  • 20 g drożdży
  • 2 szklanki mąki
  • 2 łyżki kakao
  • 1/2 szklanki cukru
  • 7 śliwek
  • biała czekolada
Pół szklanki mleka podgrzewamy, ale nie chcemy, żeby było bardzo gorące, bo zaraz będziemy wrzucać do niego drożdże. 
Zatem wrzucamy drożdże, dosypujemy łyżeczkę cukru i dokładnie mieszamy. Odstawiamy na 10 minut, aż drożdże ruszą.
Masło roztapiamy i studzimy.
W osobnym naczyniu suche składniki łączymy ze sobą, dodajemy roztopione masło, jajka, pozostałe mleko i zaczyn z drożdży. Wyrabiamy gładkie ciasto i zostawiamy w ciepłym miejscu, przykryte czystą ściereczką, na godzinę. Możemy w tym czasie iść nazbierać śliwek.

Kiedy ciasto wyrośnie, nakładamy je do połowy wysokości foremek babeczkowych (nie trzeba ich niczym wykładać, ale można), na wierzch kładziemy po pół śliwki, delikatnie wciskając je do środka. Jeśli zostanie nam nieco ciasta, możemy te śliwki jeszcze nim trochę przykryć, ale nie jest to niezbędny warunek.
Pieczemy w 180 stopniach przez 15-20 minut (znowu - to zależy od piekarnika), na jeszcze gorących kładziemy po kostce białej czekolady.






poniedziałek, 1 września 2014

Babeczki czekoladowo-malinowe

Czekoladowe muffiny z kawałkami czekolady to taki klasyk klasyków, że sama się dziwię, że do tej pory nie ma ich na blogu.
Nie ma i póki co - nie będzie, bo latem (tak, jeszcze latem, chociaż lejący od dwóch dni deszcz o tym nie świadczy) nie mogę się powstrzymać, żeby do wypieków nie dorzucić owoców. I raczej źle na tym nie wychodzę.
P.S. Jeśli tuż przed rozlaniem ciasta do foremek zorientujecie się, że w domu brak któregoś ze składników, dajmy na to masła, rozejrzyjcie się po lodówce (o ile macie w niej światło. ja nie mam i ciężko coś znaleźć), może czymś da się je zastąpić. Takim chociażby mleczkiem kokosowym. Może Wam wyjść coś całkiem ciekawego.
Polecam.

Na 18 sztuk:
  • 250 g mąki
  • 100-120 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki kakao
  • 100 g białej czekolady
  • 100 g mlecznej
  • 1 szklanka malin
  • 300 ml maślanki
  • 2 wesołe jajka
  • 70 g masła
  • 1/4 puszki mleczka kokosowego (tylko gęsta część)*
Suche składniki wymieszać w jednym naczyniu, mokre w drugim. Czekolady posiekać, a maliny umyć i osuszyć.
Połączyć suche z mokrymi, dodać posiekane czekolady i maliny, delikatnie wymieszać. Przełożyć do wyłożonych papilotkami foremek, do 3/4 wysokości. Piec w 190-200 stopniach przez ok. 25-30 minut (ale sprawdźcie patyczkiem wcześniej, mój piekarnik piecze wyjątkowo długo).

*Jeśli nie chcecie specjalnie kupować mleczka kokosowego, dodajcie 30 g masła więcej. Smaku kokosów i tak nie czuć w tych babeczkach, ale były bardzo wilgotne.






niedziela, 30 marca 2014

Miniserniczki

Kiedy tylko beza zniknęła (a długo to nie trwało), nabrałam ochoty na... coś słodkiego. Myślałby kto, że ilość cukru w bezie skutecznie mnie nasyci. Ja nie z takich. Jedyne, na co nie miałam ochoty po upieczeniu bezy, było ponowne rozgrzewanie piekarnika i zużywanie kilowatogodzin (to jest prawdziwe słowo, nie wymyśliłam, nawet autokorekta go nie podkreśla. Nie wiem tylko, czy dobrze go użyłam ;)) na pieczenie.
A więc sernik na zimno. A właściwie kilkanaście miniserniczków, choć równie dobrze można zrobić to w jednej formie, z tym że nie będzie już tak uroczo ;)

Na dno:

  • 100 g mlecznej czekolady
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 2 łyżki kakao
  • 250 g ciasteczek owsianych
Czekolady rozpuszczamy w mikrofalówce lub kąpieli wodnej. Ciastka rozdrabniamy blenderem albo wałkiem - ja ostatnio jestem tak leniwa, że nie chce mi się wyciągać z górnej szafki blendera, a potem jeszcze go myć (dajcie spokój). I z tego lenistwa wygodniej mi wziąć wałek i utłuc nim kilkanaście razy ciastka zamknięte w woreczku (lub dwóch, jeśli cienkie, żeby okruchy nie walały się po całej kuchni). Proszek ciastkowy oraz kakao wrzucamy do roztopionych czekolad, mieszamy do połączenia.
Masę czekoladową rozdzielamy pomiędzy 15 papilotek do muffinek. Nakładajmy tak, żeby było ok. 0,5-1 cm warstwy. 
Tak przygotowane dno wkładamy do lodówki na min. 15 minut (aż stężeje).

Na górę:
  • 250 g serka na serniki
  • 250 g mascarpone
  • 200 g białej czekolady
Dodatkowo:
  • ok. 30 malin (lub 2x tyle, ile mamy przygotowanych spodów sernikowych)
Serek na sernik oraz mascarpone wykładamy na sito na godzinę (można na dłużej, jeśli nam się nie śpieszy - chodzi o to, żeby ubyło nieco płynu). Nie wkładamy serków do lodówki, mają być w temperaturze pokojowej. Białą czekoladę roztapiamy dowolną metodą i łączymy z serami (właśnie dlatego miały być w temp. pokojowej - żeby czekolada w nich nie zastygła od razu, musimy zdążyć ją wmieszać). Kiedy już dokładnie połączymy składniki, wkładamy masę na godzinę do lodówki. 
Maliny (mrożone mogą być i nawet nie trzeba będzie ich rozmrażać) układamy na czekoladowych spodach - po dwie na każdy.
Następnie przekładamy masę do rękawa cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdy (chociaż nikogo nie zmuszam, każdy niech sobie ozdabia, jak chce, a nawet wcale, jeśli taki ma kaprys) i okrężnym ruchem wyciskamy ją na czekoladowe spody. Można też oczywiście przełożyć masę łyżką.
Przechowujemy w lodówce.





sobota, 8 lutego 2014

Babeczki czekoladowe z kremem


Lubicie muffiny z kawałkami białej czekolady w środku? Wiadomo, głupie pytanie. W tych babeczkach nie ma kawałków białej czekolady, sorry. Jest jej za to bardzo dużo na wierzchu. Tyle w temacie, robimy.

Na ok 20 babeczek:
  • 50 g gorzkiej czekolady
  • 350 ml mleka
  • 1 łyżka ekstraktu
  • 100 ml oleju
  • 1 jajko
  • 200 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku
  • 1 łyżeczka sody
  • 3 łyżki kakao
  • 370 g mąki
Czekoladę roztapiamy w mleku, studzimy. Dodajemy do czekoladowego mleka resztę mokrych składników. Osobno mieszamy suche składniki, a następnie łączymy wszystko, niestarannie mieszając.
Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni z termoobiegiem. Foremki do babeczek wykładamy papilotkami, napełniamy je do ok. 2/3 wysokości. Pieczemy 12-17 minut, do suchego patyczka. Zostawiamy do ostygnięcia.

Krem:
  • 200-250 g białej czekolady
  • 400 g serka typu biedrowa philadephia
Czekoladę roztapiamy dowolnym sposobem, uważając, żeby się nie przypaliła ani nie dostała się do niej woda. Nieco studzimy i dodajemy serek. Mieszamy trzepaczką lub mikserem, żeby nie było grudek. Żadnych. Odstawiamy na min. 2h do lodówki, może być na całą noc, o ile się nie boicie, że krasnoludki przez noc zamoczą w masie pyszczki.
Masę możemy nałożyć na babeczki łyżką albo rękawem cukierniczym z wybraną końcówką.



piątek, 17 stycznia 2014

Tarta z liczi i granatem

Tak sobie z Adą podsyłamy czasem różne ciekawe linki. Właściwie to codziennie i właściwie zawsze tuż przed śniadaniem. Albo właściwie to podsyłanie sobie linków z przepisami i produktami spożywczymi powoduje, że decydujemy się (przynajmniej ja) zjeść w końcu śniadanie.
W każdym razie ostatnio Adela podesłała mi link do lydla, a tam strasznie tanie liczi! Z tej radości kupiłam prawie kilogram (i jeszcze pierdyliard innych rzeczy, na które rzuciłam się wygłodniała, jak na hamburgery z maca podczas podstawówkowych wycieczek do parku wodnego). Tym sposobem poznajcie pierwszy z przepisów na spożytkowanie liczi.

Spód:

  • 1 opakowanie ciastek zbożowych (wiadomo skąd)
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 2 łyżki masła
Środek (bardzo podobny do tego sernika, ale jednak):
  • 250 g mascarpone
  • 250 g twarogu zmielonego
  • 100 g białej czekolady
  • 1/3 szklanki cukru
Wierzch:
  • 15-20 owoców liczi
  • 1 granat
Wszystko jest bardzo proste, ale objaśnię:
Mascarpone i twaróg wykładamy na sitko i zostawiamy na noc do odcieknięcia.
Masło i gorzką czekoladę roztapiamy, dodajemy drobno pokruszone ciastka, mieszamy i wykładamy nimi formę.
Białą czekoladę również roztapiamy i dodajemy do odsączonych serów wraz z cukrem. Dobrze wymieszaną masę wykładamy na spód. Na wierzchu rozprowadzamy obrane i odpestkowane liczi oraz pestki granatu. Po robocie. Teraz wkładamy do lodówki na godzinę i cieszymy się, że nam się wszystko tak zgrabnie udało.





niedziela, 1 grudnia 2013

Muffiny pomarańczowe

Oja, już grudzień (thanks, cpt. obvious), chyba czas na jakiś okołoświąteczny przepis.
Ten jest o pomarańczach, to nigdy nie zawodzi.
Zawodzi za to moja wena, więc może od razu przejdę do składników.

Na 20 babeczek:

  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2/3 + 1/2 szklanki cukru
  • 100 g białej czekolady
  • 1 spora pomarańcza
  • 1 szklanka maślanki
  • 2 jajka
  • 70 ml oleju
  • cukier puder do posypania
Mąkę mieszamy z sodą, proszkiem i 2/3 szkl. cukru.
Pomarańczę wyparzamy (nie myląc jej z grejpfrutem, który był równie duży, przebiegle pomarańczowy i leżał obok) i ścieramy z niej skórkę (tylko tę pomarańczową część). To, co nam zostaje, obieramy i wyrzucamy. Środek pomarańczy staramy się pozbawić jak największej ilości białych części, żeby nam potem nie marudzono, że gorzkie. Miąższ kroimy w kostkę i gotujemy 5 minut z 1/2 szkl. cukru (5 minut od momentu, kiedy rozpuści się cukier).

Maślankę mieszamy z jajami i olejem, dodajemy przestudzoną pomarańczę i skórkę z niej startą. Łączymy składniki suche i mokre, dodajemy posiekaną białą czekoladę i niedbale mieszamy.

Przelewamy ciasto do wyłożonych papilotkami foremek i pieczemy 15 minut w 180 stopniach. Po ostudzeniu posypujemy cukrem pudrem.


czwartek, 21 listopada 2013

Sernik dyniowo-pomarańczowy

W tym roku postanowiłam wykorzystać dynię na wszystkie sposoby. Całe życie to gardziłam tym Bogu ducha (dynia? ducha? Iga please..) winnym warzywem, bo kojarzyło mi się tylko ze słodkawo-mdławą zupą. W zeszłym roku zrobiłam do niej pierwsze podejście w "dorosłym" życiu i niestety też mnie nie porwała, może dlatego, że sklepowe nadają się wyłącznie do wydrążenia i pozostawienia na ganku do czasu, aż zgniją.
Ale tym razem dostałam jedną z trzech nierównych połówek wielkiej, wiejskiej dyni. I okazało się, choć trudno było mi w to uwierzyć, że z dyni można zrobić wszystko. Łącznie z tym genialnym (sic!) sernikiem, z którego jestem bardzo dumna i na który, znajcie moją łaskę, podzielę się przepisem :)

Masa serowa:
  • 600 g serka philadephia (lub delikate z biedry albo jakiegoś innego, lekko słonawego serka. Może być też twaróg na sernik, ale wtedy dodajmy pół łyżeczki soli)
  • 500 g mascarpone
  • 200 g białej czekolady
  • 1,5 szklanki puree z dyni (ugotowanej, dobrze odcedzonej)
  • Skórka z 2 pomarańczy
  • Sok z 1 pomarańczy
  • 4 jajka
  • 1 szklanka cukru pudru

Dno:
  • 150 g czekoladowych ciasteczek
  • 50 g masła
  • 70 g czekolady gorzkiej
  • 2 łyżki kakao

Dno: ciasteczka zmiksować lub utłuc na proszek. Masło roztopić z czekoladą, dodać ciasteczka i kakao, wymieszać. Przełożyć na dno tortownicy (Ø 20-22 cm) wyłożonej papierem.

Jajka lekko ubić. Sery wymieszać z puree z dyni oraz skórką i sokiem z pomarańczy. Roztopić białą czekoladę i dodać do serów, dodać cukier i jajka, wymieszać.

Piec ok 1,5 h – pierwsze pół godziny w 160˚C, kolejne pół w 140˚C, na koniec zmniejszyć temperaturę do 120˚C. Zostawić w uchylonym piekarniku do ostudzenia, potem wstawić do lodówki na min. 3h.




English version

niedziela, 3 listopada 2013

Ciasteczka pomarańczowe

Najbardziej kruche z kruchych ciastek. Przyniosłam cały worek do pracy, a po 15 minutach musiałam walczyć, żeby uchować dla Kuby chociaż 2 :) Więc chyba większej reklamy nie potrzebują.
Inspiracja stąd.

Na 40-50 ciasteczek:

  • 2 szklanki mąki
  • 1 kostka (200 g) masła w temperaturze pokojowej
  • 1/3 szklanki cukru
  • 2 torebki earl grey
  • 1/2 łyżeczki soli
  • skórka otarta z 1-1,5 pomarańczy
  • 100 g białej czekolady
Masło ucieramy z cukrem na gładką masę. 
Mąkę mieszamy z herbatą (niezaparzoną, żeby nie było :)), solą i skórką pomarańczową. Dodajemy drobno posiekaną czekoladę i łączymy z masłem, wyrabiamy kulę. Dzielimy ciasto na 3 części, z każdej robimy walec o średnicy 3-4 cm, owijamy folią spożywczą i wkładamy do zamrażarki na min. godzinę (próbowałam krócej - chociaż łatwiej się kroją, to niestety w piekarniku robią się z nich bardzo smutne, płaskie plamy). Po tym czasie każdy wałek kroimy w plastry o grubości 5 mm i natychmiast pieczemy 10-15 minut (aż zbrązowieją) w 180 stopniach (z termoobiegiem). Po wyjęciu dajemy im chwilę odpocząć, chociaż jest to trudne, bo zapach strasznie kusi.



niedziela, 20 października 2013

Marchewkowiec

To jest kolejna rzecz, o której słyszę, że jest jedzeniem wojennym. Co z tego, skoro niektórzy na dźwięk słowa marchewkowiec odpowiadają "Are you trying to seduce me, ms. N.?"
A dla mnie marchewkowiec + kawa to najlepsze wynagrodzenie za jesień i wiatr. A jeszcze jak se znajdę jelenia do utarcia marchewki, to już w ogóle - mogę piec 2 razy dziennie.

Na niedużą blachę:

  • 1 szklanka mąki
  • 2/3 szklanki cukru
  • szczypta soli
  • 1,5 łyżeczki cynamonu
  • 1 łyżeczka przyprawy piernikowej
  • 1,5 łyżeczki sody
  • 3 spore marchewki
  • 1/3 szklanki oleju
  • 3 jajka
  • 1/2 puszki ananasów (niekoniecznie, ale warto)
Najważniejsze, czyli polewa:
  • 250-350 g twarożku (zmielonego, ale bez dodatku aromatów czy cukru)
  • 1-1,5 łyżeczki soli
  • 300 g białej czekolady
  • Ewentualnie - płatki migdałowe do posypania
Marchewkę dajemy silnemu mężczyźnie do starcia na drobnych oczkach. Ananasy kroimy w niewielkie kawałki, i to by było na tyle z filozofii. Suche składniki mieszamy osobno, mokre osobno - i do tych dodajemy marchewkę i ananasa. Łączymy niedbale zawartość obu naczyń, wykładamy do wyłożonej papierem tortownicy lub blachy i pieczemy 30-40 minut w 170 stopniach z termoobiegiem, pod koniec dźgamy patyczkiem środek, jeśli jest mokry, to niedobrze i trzeba placek jeszcze pomęczyć. Jeśli jest suchy, to hura.
W czasie, kiedy placek się będzie studził, roztapiamy białą czekoladę (w kąpieli wodnej lub mikrofalówce), do płynnej dodajemy serek i sól, mieszamy na gładką masę. Kiedy ciasto ostygnie, polewamy je grubą warstwą tejże masy, która jest doskonała i chyba jutro znowu będę nią kogoś kusić.



piątek, 6 września 2013

Serożki

Pamiętacie placek z sera? Można z niego zrobić też ciasteczka, jeśli ma się ochotę :) Zmodyfikowałam trochę przepis, żeby ciasto się nie kleiło i nie trzeba było go wkładać do piekarnika razem ze stolnicą. Kolejny dobry pomysł na wykorzystanie malin, których, w miejscu, z którego je rabuję, ciągle pod dostatkiem ;)

Na ok. 30 ciastek:

  • 1 kostka tłustego twarogu
  • 1 i 1/4 szklanki mąki (+ trochę do podsypania stolnicy i wałka)
  • 1/2 kostki masła
  • 2/3 szklanki cukru
+ maliny (do każdego ciastka po 3, chyba że do wykrawania będziecie używać szklanki o małej średnicy, to po 2)
+ biała czekolada do polania (wystarczy 1 tabliczka, ale czy komuś kiedyś przeszkadzał nadmiar białej czekolady?)

Z podanych składników wyrabiamy gładkie ciasto i wstawiamy do lodówki na pół godziny. Po tym czasie solidnie omączamy stolnicę i wałek i rozpłaszczamy ciasto na grubość ok. 5 mm. Szklanką wykrawamy koła, nakładamy maliny i zlepiamy ciastka, jak pierożki. Układamy na wyłożonej papierem blasze i pieczemy 10-15 minut w 180 st. z termoobiegiem (lub 200 bez niego). Roztapiamy czekoladę w mikrofalówce (najlepiej do tego nadaje się.. czekolada z biedry! Dziś wypróbowałam milkę i była beznadziejna. Chociaż może to kwestia naczynia, w którym się roztapia?) lub w kąpieli wodnej i polewamy nią ciasteczka. To wszystko, dziękuję bardzo.



poniedziałek, 2 września 2013

Muffiny z lasu

W taki dzień, jak dzisiaj, jedyne, co ratuje mnie przed depresją, to pieczenie.
Zanim jednak doszłam do punktu muffiny, odebrałam telefon od trzyletniej siostrzenicy, która miała takie życzenie: żebym poszła z tobą na malinki i żebyś ty potem zrobiła naleśniki. Jak wiadomo, dzieciom się nie odmawia, zwłaszcza takim z kaszlem, więc czem prędzej wzułam gumioki oraz narzuciłam nowe (pierwsze w życiu! sic!) palto przeciwdeszczowe i pognałam w te pędy chorych nakarmić. Nie, żeby skusił mnie fakt zbioru świeżych malin, przecież ja nie z tych...
Po naleśnikach przyszedł czas na muffiny, postanowiłam w końcu wykorzystać prezent od Kuby i je ozdobić - pomyślałam, że skoro jest zimno (bo jest zima i tak musi być), to uniknę katastrofy znanej z ozdabiania tortu w trzydziestostopniowym upale. W całej swej chytrości nie przewidziałam jednak, że zimno = palenie w kominku = sauna w kuchni = krem się topi... Może po prostu muszę pogodzić się z faktem, że kremy niemaślane rozłażą się poza lodówką i tyle.

Na 18 babeczek:

  • 2 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru
  • 1/2 łyżeczki proszku od pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 1/3 szklanki oleju
  • 2 jajka
  • 1/2 szklanki maślanki
  • 1/3 szklanki mleka
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 szklanka owoców (u mnie: maliny i jeżyny)
dodatkowo
  • 300 g białej czekolady
  • 250 g mascarpone
  • owoce do ozdoby
W osobnych naczyniach mieszamy składniki suche i mokre. Łączymy je niedbale, na koniec dodając owoce (jeśli chcemy zapobiec zafarbowaniu babeczek na szaro, dodajmy owoce dopiero po przełożeniu masy do foremek). Nakładamy ciasto do uszykowanych wcześniej foremek (czyli - w moim przypadku - wyłożonych papilotkami silikonowych foremek, ale może macie inne sposoby?) do połowy ich wysokości (nie chcemy, żeby były za wysokie, bo nam nie starczy miejsca na krem, a tego byśmy nie chcieli:)) i pieczemy w 180 stopniach przez ok. 20 min.
W tym czasie przygotowujemy krem - roztapiamy czekoladę (ja robię to w mikrofalówce, nie ma bata, żeby ktoś mi kazał stać nad garnkiem z parującą wodą i pilnować, żeby rzeczona ciecz pod żadnym pozorem nie przedostała się do czekolady!) i mieszamy ją z serkiem. Wkładamy na min. pół godziny do lodówki, po tym czasie jest zdatny do dekorowania, o ile temperatura w kuchni nie wynosi miliona stopni. Oczywiście operujemy nim dopiero, kiedy babeczki będą zimne :)
Na koniec ozdabiamy owocami.


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Najlepszy sernik na zimno

Po latach prób udało mi się opracować przepis na idealny sernik. Taki, jakiego smak wyobrażałam sobie, oglądając "Przyjaciół". Nie czas na skromność, ten sernik jest naprawdę najlepszy - kremowy, nie kwaśny, nie mdły. Tym lepszy, im dłużej stoi w lodówce. Koniecznie z malinami z rabówki ;)

Na tortownicę o średnicy 22 cm:

  • 1 kg twarogu sernikowego (użyłam waniliowego, jest już delikatnie słodki)
  • 500 g mascarpone
  • 300 g białej czekolady
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii (niekoniecznie)
  • 1 opakowanie owsianych bonitek z orzechami
  • 400 g owoców

Twarożek przekładamy na sito wyłożone gazą i odstawiamy do lodówki na całą noc do odcieknięcia. Nie próbujmy ominąć tego kroku, inaczej sernik za Chiny nie da się wyciągnąć z formy :)
Następnego dnia przekładamy odcedzony twarożek do miski, dodajemy do niego mascarpone, ewentualny ekstrakt waniliowy i roztopioną białą czekoladę. Mieszamy to wszystko i przelewamy na spód ze zmielonych ciasteczek (akurat owsiane bonitki są wystarczająco tłuste i nie trzeba dodawać masła, żeby się trzymały kupy), któryśmy wyłożyli w tortownicy wyściełanej folią aluminiową (tylko dno). Wyrównujemy masę serową, posypujemy owocami (jeśli były mrożone, trzeba je najpierw rozmrozić i odcedzić) i wstawiamy do lodówki jeszcze na kilka godzin. Na koniec ozdabiamy miętą albo śnieżkiem z cukru pudru :)

Nasza piwnica kryje porcelanowe skarby.


O tym serniku marzyłam pół życia:

wtorek, 23 kwietnia 2013

Tort cytrynowy z białą czekoladą.

Po zupełnie nieleniwym weekendzie łaskawie podzielę się przepisem na tort, który ku mojemu zaskoczeniu zebrał najwięcej komplementów na świecie.
Myślałam o tym, z czym połączyć smak cytryny, żeby nie było strasznie nudno i żeby się nie gryzło.
Nie wahałam się zbyt długo, białej czekoladzie nigdy nie odmówię.
Na pomysł ozdobienia tortu wpadłam, kiedy Kuba kupił sobie nowy werbel i ciągle nie mogę się nadziwić, że nie przyszło mi to do głowy sto lat wcześniej. Jak na pierwszą przygodę z lukrem plastycznym, jestem całkiem zadowolona, chociaż już teraz widzę, ilu niedoróbek mogłabym uniknąć, gdybym miała więcej czasu.
Ale skupmy się na smaku :)

Przepis na biszkopt stąd:

  • 5 jajek (osobno białka i żółtka)
  • 3/4 szklanki mąki pszennej
  • 1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 3/4 szklanki cukru
Białka ubijamy na sztywno, pod koniec dodajemy stopniowo cukier i żółtka - jedno po drugim. Do masy przesiewamy mąki i delikatnie mieszamy.
Całość przelewamy do tortownicy (22-24 cm) i pieczemy w 170 stopniach (z termoobiegiem) przez około 30 minut. Kiedy biszkopt się upiecze (żgamy go patyczkiem), wyciągamy i zrzucamy na podłogę z wysokości ok. pół metra (magia z cyklu "nie pytajcie, jak to działa, ale działa"), po czym wstawiamy do wyłączonego piekarnika, żeby sobie ostygł przy uchylonych drzwiczkach.
Mimo że wyrósł wysoki i równiutki, i tak obróciłam go do góry dnem, choćbyście nie wiem jak się starali, wierzch nigdy nie będzie tak równy, jak dno.

Następnego dnia przekroiłam (brakuje mi w polskim formy kauzatywnej, bo nie ja kroiłam, tylko tata na moją prośbę; ja nie mam lasera w oczach) biszkopt na trzy blaty, namoczyłam go mocną herbatą (przestudzoną), i przełożyłam dwoma kremami.

Z białej czekolady:

  • Opakowanie (330 g, nie wiem, ile to ml) kremówki z Biedry
  • 300 g białej czekolady
Śmietanę podgrzałam niemal do wrzenia i rozpuściłam w niej białą czekoladę. Zostawiłam do ostygnięcia (najlepiej na całą noc w lodówce), następnego dnia ubiłam jak najzwyklejszą kremówkę, aż zgęstniała na tyle, że miałam pewność, że nie wycieknie ani w żaden sposób nie opadnie.

Krem z cytryny był nieco bardziej skomplikowany.
Na początek zrobiłam lemon curd:

  • Skórka otarta z 4 cytryn
  • Sok z 3 cytryn
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 1 szklanka cukru
  • łyżka mąki ziemniaczanej
  • łyżka oliwy
Wszystkie składniki, oprócz oliwy, wymieszałam i podgrzałam na wolnym ogniu, bez przerwy mieszając (z jajami nie ma żartów), około 5 minut, aż masa zaczęła gęstnieć. Kiedy to nastąpiło, dodałam oliwy, chwilę pomieszałam i zdjęłam z ognia.
Do tej bazy dodałam 400 g mascarpone i krem cytrynowy gotowy.


Nasączone blaty biszkoptu przełożyłam najpierw masą z białej czekolady, potem cytrynową, na górę dałam znowu białą czekoladę, a na boki cytrynę (sprawiedliwość musi być, a poza tym do suchego biszkoptu nie przyklei się lukier plastyczny).
Biały i czarny lukier rozwałkowałam tak, żeby przykryć boki i wierzch ciasta (podsypywałam cukrem pudrem, żeby się nie kleił do wałka). Pozostałe skrawki połączyłam i zrobiłam z nich ciemnoszary lukier, który stanowił potem obręcze werbla (przyklejałam je do poprzednich warstw lukru, smarując wodą). :)

Dobra rada: nie warto zbyt cienko rozwałkowywać lukru, bo będzie się zrywał w trakcie pracy. Niestety oprócz lasera, brakuje mi w oczach też miarki i wydawało mi się, że masa ma ciągle za małą średnicę, żeby przykryć ciasto, przez co za bardzo ją rozwałkowałam.


drukuj